wtorek, 22 czerwca 2010

Krótka historia nalewek w Polsce

Do Polski nalewki, zwane wtedy kordiałami, trafiły prawdopodobnie z królem Henrykiem Walezym i zadomowiły się u nas na dobre. W każdym magnackim, szlacheckim czy mieszczańskim domu nastawiano nalewki, a przepisy na nie pilnie strzeżono i przekazywano z pokolenia na pokolenie. Oprócz znanych dzisiaj wiśniówki, śliwkówki, morelówki, dereniówki, jarzębiaku czy orzechówki wyrabiano miody litewskie - mocne (powyżej 50 proc. alkoholu), ziołowe nalewki na miodzie lub plastrach miodu, z dodatkiem ziół i świeżych lub suszonych owoców. Staropolskie nalewki miały od 25 do 70 proc. czystego alkoholu, owocowe zawsze były słabsze (20-30-procentowe). Owoce zalewano w beczkach okowitą - wódką po trzeciej destylacji (po pierwszej uzyskiwano brantówkę, po drugiej - szumówkę) i przechowywano w piwnicach, wystawiano na słońce albo zakopywano w ziemi. Później do nastawiania nalewek zaczęto używać szklanych gąsiorów. Nalewka dojrzewała w beczkach od 3 miesięcy do nawet trzech lat. Potem rozlewano ją do butelek i czekano na degustację kolejne pół roku, wtedy można już ją było podawać na stół.
Nalewki były jak wina: słodkie i wytrawne, słabe i bardzo mocne. Staropolską biesiadę rozpoczynano kieliszkiem np. piołunówki dla zaostrzenia apetytu, potem podawano nalewkę z tarniny do pasztetu z zająca, pieczonego indyka i wytrawną morelówkę albo pieczoną kaczkę w towarzystwie nalewki z czarnej porzeczki, następnie pieczeń z dzika i kieliszek wiśniówki. Do deserów serwowano nalewki słodkie i półsłodkie, które dzisiaj nazwalibyśmy likierami. 
Staropolska tradycja wytwarzania nalewek przetrwała mimo wojen i zakrętów historii. Nie są już produkowane z konieczności, ale dla zabawy, jako hobby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz